Z modą idę pod prąd

Historie
Izabela Jabłonowska
0 Komentarzy

Dlaczego czekanie jest sztuką, a  noworoczne postanowienia są przydatne opowiada Agata Passent – dziennikarka, felietonistka, prezeska Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej.

Czy ludzka pamięć jest w dzisiejszych czasach dziurawa jak ser?

Nawiązałaś do mojego felietonu (uśmiech). Takie mam wrażenie, bo chyba już za bardzo się uzależniliśmy od nowych technologii i od sieci. Właściwie jak tylko czegoś nie wiemy, to od razu naszym odruchem jest klikanie w tablet albo w inne urządzenia i szukanie odpowiedzi na Wikipedii albo na Google. W z związku z tym, nawet cytatów nie trzeba uczyć się na pamięć. Kiedyś w szkole często uczyliśmy się wierszy, fragmentów prozy. A teraz… Po co się uczyć, jeśli wszystko można sobie sprawdzić w sieci? W tej chwili robimy kilka rzeczy jednocześnie, króluje tzw. multitasking – jesteśmy wielozadaniowi, posiadamy wiele okienek otwartych na naszych urządzeniach w tej samej chwili, a przez to nasz mózg się jakoś rozrzedza. Jeden link odsyła nas do kolejnego linku, i tak bez przerwy. Pamięć linearna traci na tym bardzo. Ja też jestem tego ofiarą i podejrzewam u siebie demencję. Zresztą miałam ją pewnie w wieku lat trzydziestu. Teraz już mi się pogłębia bardzo. Zapominam o wszystkim.

Faktycznie. Wciąż sprawdzamy hasła, wydarzenia czy konta. Korzystamy w ten sposób z pamięci krótkotrwałej, ale z drugiej strony, może dostęp do dużej ilości wiedzy sprawia, że możemy być mądrzejsi?

Tak, to prawda. Poza tym w odróżnieniu od naszych rodziców potrafimy intuicyjnie korzystać z wielu urządzeń na raz. Ma to też swoje konsekwencje. Zobaczymy ile wymyślono już różnych „przypominajek” – jako aplikacje w telefonie, jako żółte karteczki, które możemy przylepić w dowolnym miejscu. Teraz mam wrażenie, że właściwie połowa życia schodzi mi na przypominaniu koleżance z pracy, żeby zrobiła „coś tam”… Kierownik produkcji z TVN 24 przypomina mi czy pamiętam żeby przyjść na kolegium, a i tak mi się zdarza przyjść nie w ten dzień co trzeba…Wszyscy sobie o wszystkim przypominają.

Grudzień to miesiąc w którym większość z nas wpada w wir świątecznych przygotowań. Jak to jest u Ciebie?

Tak się układało w mojej rodzinie, że każdy grudzień wyglądał inaczej. Nawet tak jak tu sobie rozmawiamy dzisiaj, to nie wiem jak to będzie u nas w tym roku. Wiąże się to z tym, że moja rodzina jest rodziną patchworkową. Moi rodzicie rozwiedli się, gdy ja byłam małym dzieckiem, także od lat byłam przyzwyczajona, że żyję na dwa domy, a były to w dodatku dość niemieszczańskie domy. Przeważnie był to po prostu okres wolny od szkoły, a teraz wolny od pracy. Chociaż jak ktoś pracuje w mediach, to wolnego czasu nie ma, bo telewizja czy radio działa zawsze i nie ma przerwy. W zależności od sytuacji czy mój portfel jest pusty czy pełny, to tak wyglądają święta. Jeżeli jest pełen, to staram się pojechać w jakieś ciekawe miejsce albo w Polsce, albo za granicę i zobaczyć jak inne kultury obchodzą święta i jakie mają święta. Czy to jest np. katolicki kraj, ale z innymi tradycjami. Co w tym czasie dzieje się w Azji i Afryce? Bardzo bym kiedyś chciała zobaczyć, co się dzieje w Boże Narodzenie w Senegalu. Raz widziałam film z fiestą na Dominikanie i w Tunezji, gdzie pieczono w glinianych piecach jagnięcinę. To jest ciekawe!

A szał zakupowy?

Muszę powiedzieć, że to mnie zawsze omija. Mam w miarę racjonalny stosunek do zakupów. Lubię ładne i nowe rzeczy, ale kupuję kiedy są wyprzedaże albo wtedy, kiedy mam potrzebę serca, a nie wtedy kiedy to robią wszyscy. Budzi się we mnie przekora, kiedy jest natłok reklam i duży ruch. Myślę sobie – trochę przystopuję i pójdę na zakupy w zupełnie innym czasie. Jak dzieci były małe w naszej rodzinie, to obchodziliśmy symbolicznie “choinkę”. Narzucaliśmy sobie pewną sumę pieniędzy i robiliśmy wewnątrzrodzinne losowanie. Każdy członek kupował tylko jeden prezent. Dzięki temu prezenty były, ale nie było konsumpcyjnego podejścia do sprawy.

Czekanie jest sztuką?

Tak, wiem do czego pijesz. Mamy różne rodzaje czekania, o tym właśnie pisałam w książce. W kulturze katolickiej  i polskiej czekanie jest przede wszystkim kobiecą domeną. Czekały kobiety, które tradycyjnie były w domu i czekały aż mężczyzna wróci z pracy albo aż dzieci wrócą ze szkoły, z podwórka. Wtedy zaczynało się wydawanie obiadu i nerwy z tego powodu. Często też wyczekuje się telefonu od ukochanej osoby lub sms-a po pierwszej randce. Jest sztuką, żeby samemu się nie męczyć i nie przeżywać strasznych katuszy, ale żeby nie zamęczać też tej drugiej osoby. To nie powinno być takie agresywne, narzucające się czekanie. Nie jest fajnie witać spóźnioną osobę słowami: „znowu się spóźniłeś”, „ widzę, że punktualność nie jest twoją mocną stroną” albo dzwonić dwadzieścia razy do wybranka, bo nie przychodzi, a my się denerwujemy.

Czy wiesz, że w Japonii jest coś takiego jak kultura czekania? Chodzi o to, że człowiek dobrze wychowany nie powinien nudzić się sam ze sobą. Powinien też umieć spędzić czas bez zaglądania do telefonu czy komputera…

To jest rewelacyjne! Oznacza, że mają bogate życie wewnętrzne, potrafią się zająć swoimi myślami. Może sobie w tym czasie marzą, przypominają ważne sprawy albo medytują. Umieją się też na chwilę się zupełnie wyłączyć, zresetować swój umysł. To świetna umiejętność. Polacy to często są potworne nerwusy. Jak tylko w korku coś idzie powoli – to się trąbi, jak przed tobą dłużej siedzi pacjent u lekarza – to walenie we drzwi. Chyba ten azjatycki balans jest nam niezbędny.

Na przełomie roku słowo czas jest odmieniane przez wszelkie możliwe przypadki. Z refleksją patrzymy jak minął stary rok i planujemy nowy. Co myślisz o noworocznych postanowieniach?

Nawet, jeśli przestrzegamy ich tylko przez pierwsze trzy dni nowego roku, to może było warto. Muszę powiedzieć, że ja swego czasu podjęłam takie jedno zobowiązanie i się go trzymam od wielu lat. Było to około dziewięciu lat temu. Postanowiłam, że muszę wziąć się poważnie za moje bóle w kręgosłupie, które mnie bardzo męczyły. Jesteśmy produktami cywilizacji siedzącej. Urządzenia, którymi się posługujemy miały być mobilne, ale to chyba nie do końca wyszło skoro nieustannie siedzimy przy tych wszystkich tabletach, telefonach, komputerach. Dodatkowo jemy coraz więcej niezdrowych produktów. Obiecałam więc sobie, że będę regularnie ćwiczyć. Od tamtego czasu więcej się ruszam i ćwiczę 1,5 godziny trzy razy w tygodniu. Wytrwałam w tym postanowieniu. Wiem jednak, że najtrudniej jest osobom uzależnionym, które np. po ciężkim Sylwestrze mówią „żegnam się z piwem” albo rozstają się z papierosami i wytrzymują tylko miesiąc. Nie wystarczy zrobienie krótkiej listy, to jest poważniejsza praca nad sobą. Jeżeli sami nie podołamy, to może warto zapisać się na warsztaty ze specjalistą…

Być może to nasza podświadomość podpowiada nam strach, dlatego wpychamy się do borsuczej nory. Zamiast iść do przodu, na piękną łąkę, by realizować swoje cele?

Jest takie słowo, które jest kalką z angielskiego – prokrastynacja, które oznacza wieczne przekładanie, co mamy zrobić dzisiaj robimy jutro. Na pewno to jest nawykowe i bardziej związane z psychologią behawioralną. Powinniśmy pomału złe nawyki zastępować pozytywnymi. Jeśli obgryzam paznokcie, to z dnia na dzień nie przestanę tego robić. Może jednak pierwszego dnia nie będę obgryzała przez godzinę, drugiego – przez półtora. Warto iść małymi krokami. Polacy są takim narodem, który ma podejście, że „jakoś to będzie”, do tego dochodzi nasza szalona fantazja. Rzeczy które wymagają ciężkiej, codziennej pracy i pozytywistycznego nastawienia uznajemy za mało pociągające.

Na Twoim  blogu znalazłam  felieton, w którym jednym z bohaterów była bagietka…

(śmiech) Moja bardzo bliska przyjaciółka mieszka we Francji i ja ten kraj uwielbiam, jest przepiękny. Mają cudowną modę, świetne marki i wspaniałą kuchnię. To zresztą moja ulubiona kuchnia, bo jest szalenie wyrafinowana, ale też bardzo różnorodna. Mięsa i sposoby jego przygotowania, buliony, zupy krem, wspaniałe desery. Francuska kuchnia  jest po prostu oszałamiająca! Winiarze też mają tu swoje przyjemności, ale ja się na winie za bardzo nie znam. Dobra bagieta wymaga specjalnej receptury i Francuzi mają taki nabożny stosunek do tego. Jest różnica między dobrze zrobioną bagietką, a pełną sztucznych spulchniaczy. Dlatego są gotowi długo spacerować do odpowiedniej bulanżerii, aby kupić swoje ulubione pieczywo. Pomimo, iż  tyle mówi się o tym, że białe pieczywo jest mało zdrowe, życie bez bagietki byłoby mało przyjemne, więc ja też lubię zgrzeszyć…

Masz wrażenie, że domowe gotowanie w Polsce 10 lat temu było mniej modne niż teraz? Wynikało bardziej z trybu życia.

Coś w tym jest (uśmiech). Wcześniej nie tylko środowiska związane z biznesem mniej gotowały, ale chyba wszyscy zachwyciliśmy się tym, że są takie duże możliwości jedzenia na mieście. Powstało wiele nowych knajp, restauracji, a my przecież wychodziliśmy z tych siermiężnych lat osiemdziesiątych i nie znaliśmy tego. Mieliśmy serdecznie dość kuchni domowej i ciężkich potraw naszych babć oraz rodziców. A tu nagle – lekkie sałatki czy dania kuchni włoskiej, które były nowością. Teraz odbiliśmy w drugą stronę. Zorientowaliśmy się, że wiele restauracji to jedna wielka ściema – serwują słabe produkty doprawione konserwantami i korzystające z seryjnej produkcji. Natomiast od kilku lat panuje wielka moda na pieczenie chleba w domu. Każdy wie, że takie ciasto zrobione w domu jest lepsze od kupionego w sieciówce. Wymusił to na nas trochę kryzys. Część ludzi straciła pracę lub wraca z pracy wcześniej. Okazało się, że tracimy mnóstwo pieniędzy na jedzenie na mieście. Media są bardziej skupione wokół kuchni. Kiedyś nie oglądało się programu MasterChef czy kanału Kuchnia, nie było przepisów Nigelli Lawson. Potrzeba nam rodziny, może nie takiej tradycyjnej, szukamy też oparcia w przyjaciołach, znajomych i robimy spotkania składkowe, na które każdy przynosi coś, co jest jego specjalizacją.  To fajnie, że nie wszystko jest na głowie gospodarza czy gospodyni.

Lubisz gotować?

Nigdy nie ukrywałam, że bardzo to lubię. Żałuję, że nie mam wiele czasu na gotowanie. Takim czynnikiem, który przyniósł u mnie zmianę było pojawienie się syna. Jak nie było dziecka, to wieczory miałam dłuższe i było więcej czasu na zrobienie zakupów. W mieście nie jest łatwo znaleźć dobre produkty. Trzeba pojechać w parę różnych miejsc, bo tutaj są dobre warzywa, a tu dobre mięso i tak pół dnia schodzi, a przecież jeszcze potrzebny jest czas, by coś ugotować. Generalnie staram się kilka razy w tygodniu coś dobrego przyrządzić…

Czy moda ma jakikolwiek wpływ na Twoje wybory?

Oj, chyba niewielki. Bardzo lubię patrzeć na ładnie ubrane osoby, tzw. stylówy, podglądać różne trendy. Sama nie przywiązuję do tego wagi, głównie z tego powodu, że jestem bałaganiarką i nie lubię mieć wielu rzeczy. Żeby dbać o swój wygląd na co dzień i zmieniać stylizacje, to chyba trzeba mieć porządek w szafie i łatwy dostęp do rzeczy. A ja korzystam z czterech rzeczy, które wrzucę na górę szafy i nie chcę już szukać tego, co mam głębiej. Z modą idę pod prąd. Zawsze i samochody miałam takie spoza głównego nurtu, i torbę noszę latami, aż uszy stają się przechodzone, zniszczone…

Kobiety czasami ubrania traktują emocjonalnie.

Możliwe. Coś jest takiego, że daną rzecz identyfikujemy z miejscem, które miło wspominamy. Dla mnie najważniejsza jest wygoda. W wielu rzeczach, w których wiem, że wyglądam ładnie, nie czuję się tak dobrze, jak w znoszonych już spodniach i luźnym swetrze. Nie chcę płacić tej ceny, bo wybieram wygodę ponad trendy. Gdy widzę kobietę, która idzie zimą w ślicznych rajstopach i eleganckich butach, to autentycznie ją podziwiam, bez złośliwości.

Styl może być formą ubrania, ale i przebrania?

Ja nawet lubię się czuć jak ktoś inny. Może to jest domena osób, które piszą czy gdzieś występują. Sam felieton jest formą ubrania i przebrania. To, że jest pisany w pierwszej osobie liczby pojedynczej nie oznacza, że jest tym, o czym autentycznie myślimy. Jest kreacją. Jeśli zakładamy stój, który jest bardziej męski czy biznesowy, a my nie jesteśmy kobietą biznesu, to możemy mieć frajdę z tego, by się nią poczuć. Albo strój pensjonarski… sukieneczka z kołnierzykiem. Na pewno najbliższy memu ciału jest strój sportowy  i czasem jak nic mi się nie chce, to chodzę cały dzień w tenisówkach i dresie. Wtedy to znajomi mnie pouczają i strofują, że mogłabym się wziąć za siebie i bardziej zadbać o wizerunek. Wiem, że jak pójdę do fryzjera i ładnie się ubiorę, to zaraz wszyscy mówią: „Świetnie wyglądasz!” Miło jest otrzymywać komplementy, ale to wymaga pracy. Podstawa to też dobra sylwetka, wtedy wszystko lepiej leży. Trzeba mieć trochę w głowie i wiedzieć, że należy zdrowo się odżywiać oraz ruszać, to wtedy jest sylwetka. To samo dotyczy panów. Panowie z wielkimi brzuchami piwnymi nawet w najlepszym garniturze nie wyglądają tak dobrze, jak chłopak w obcisłej koszulce, który jest po prostu zadbany.

Lepszy jest „kaloryfer” niż „bojler”…

(śmiech) Zdecydowanie tak!

Powołałaś do życia Fundację Okularnicy, która opiekuje się spuścizną Agnieszki Osieckiej. Może niektórzy z nas noszą metaforyczne okulary?

Tak, właśnie! Do tego nawiązywała nazwa fundacji, która pochodzi z piosenki o „Okularnikach”. O takich osobach, co to się snują z zeszytami, ze skryptami. Takim okularnikiem duchowym bywa się całe życie. To nie zależy od tego czy rzeczywiście chodzimy w okularach. Fundacja jest skierowana do wszystkich okularników, odbiorców tekstów Agnieszki Osieckiej, ale też do młodych ludzi, którzy wchodzą w życie chcąc wykonywać jej utwory, i w ogóle dobre, polskie piosenki. Wiadomo, że takim osobom jest niezwykle trudno zadebiutować – żeby założyć swój zespół, zacząć próby, znaleźć dobrych aranżerów. W mediach publicznych jest wiele problemów „długo się ciągnących”. A festiwal „Pamiętajmy o Osieckiej” wychodzi z pomocą do takich ludzi. Mamy wiele wspaniałych laureatów i bardzo stylowe dziewczyny – Kasię Dąbrowską, Monikę Dryl, Kasię Zielińską. One wszystkie debiutowały w tym festiwalu. Mamy też świetnie śpiewających chłopaków. Sądzę, że wszyscy nosimy poniekąd metaforyczne okulary, nie zawsze różowe.

Czasem może warto je zdjąć i zobaczyć świat z innej perspektywy?

(uśmiech) Oczywiście! Oczywiście!

Zdjęcia: Monika Wrzesińska -Studio MMP

Izabela
Autorka Izabela Jabłonowska

Moją misją jest wspieranie innych poprzez mądrą, wartościową i wysmakowaną inspirację. Zwrócenie uwagi na szczegół, jakość, pochodzenie, historię. Ten blog może być dla Ciebie wartościowym miejscem, gdyż często słyszę od innych, że potrafię ciekawie opowiadać. Być może jestem jedyną w swoim rodzaju kobiecą wersją Hakawati, opowiadacza historii z powołania i przeznaczenia. Kiedy coś tworzę czuję radość, spełnienie, wolność. Uważam, że klasyka jest piękna, a być elegancką kobietą to znaczy mieć dobre maniery, a nie najmodniejszą parę szpilek. Dziękuję, że jesteście i mnie wspieracie, dzięki Wam mogę robić to, co kocham. Prywatnie jestem żoną i mamą 3 dzieci.

Do góry

Prawa do wszystkich publikacji i zdjęć na blogu należą do firmy Stylowa Moda Izabela Jabłonowska. Nie wyrażamy zgody na ich kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie w celach komercyjnych.

Zobacz także

Zobacz więcej

Newsletter

Stylowy, ekskluzywny, inspirujący